|
Dzień 1,
piątek, 3 czerwca 2017 r. |
|
|
AKAPITCzerwiec
zbliżał się wielkimi krokami. Maj spędziłem dość aktywnie. Najpierw
fotografując składy na Przełęczy Sieniawskiej, potem włócząc się
(włóczykjijąc raczej) przez tydzień po zagłębiu brunatnowęglowym, gdzie nie bez sukcesów polowałem na “krokodyle”* oraz na magistrali węglowej, gdzie tym razem bezskutecznie usiłowałem zestrzelić ”bombowca”*
Lotosu. Gdzieś po drodze było kilka mniejszych lub większych kolejowych
wypadów, koncert grupy Deep Purple w Łodzi i górski
weekend spędzony z Basią na polu biwakowym Trusiówka w dolinie
Kamienicy w Gorcach.
A czerwiec zbliżał się wielkimi krokami.
AKAPITGdzieś z
tyłu głowy kołatała się myśl, że trzeba by przysiąść fałdów i
popracować nad aktualizacją strony. Z wyjazdów przywiozłem całą
masę zdjęć, które wymagały obróbki i umieszczenia
w galerii. Do napisania pozostawało
także kilka krótkich relacji z wcześniejszych
jednodniowych wypadów.
AKAPITI tylko
ten czerwiec zbliżał się wielkimi krokami. A skoro czerwiec, to i Dzień
Dziecka. Nie, nie, to jeszcze nie zdziecinnienie starcze i infantylna
radość z nadchodzącego święta. To świadomość, że z tej okazji Basia
będzie miała jeszcze więcej zajęć, które zabiorą mi ją nawet w
weekendy. Ponieważ z walki z wiatrakami wyleczyłem się już jakiś czas
temu, wiem, że jedyne co mogę w tej sytuacji zrobić, to zorganizować
sobie czas indywidualnie. Jak? Najlepiej poza domem. Najlepiej w
podróży. A że podróże najprzyjemniej odbywa się koleją...
AKAPITKrótko
mówiąc, postanowiłem wzorem roku ubiegłego wybrać się na
kolejowy maraton, tym samym zawiązując nową świecka tradycję kolejowych
maratonów. Jednocześnie wyprawa ta otrzymała nieco a priori
miano Drugiego Kolejowego Maratonu. Wyprawa zeszłoroczna dostała
natomiast post factum miano Maratonu Pierwszego.
Zastanawiając się nad ogólnie pojętym celem, doszedłem do
wniosku, że będzie mi trudno pobić ówczesny rekord ilości
przejechanych w ciągu weekendu kilometrów. Dysponując niewiele
różniącym się rozkładem połączeń, musiałbym zapewne
powtórzyć tę samą trasę, próbując co najwyżej jeszcze
bardziej ją wyśrubować. Czy miałoby to sens? Wątpliwe. A zatem? A zatem
przejedziemy się, ja realnie, ty Czytelniku wirtualnie, najdłuższą
bezpośrednią relacją obsługiwaną przez polską kolej. Jest nią trasa z
Zamościa do Świnoujścia prowadząca przez Rzeszów, Kraków,
Wrocław, Poznań i Szczecin. Trasa rozciągnięta na 1170 km kolejowych
szyn, które pociąg powinien pokonać w ciągu około 16 godzin.
Oczywiście jest to wariant optymistyczny, zakładający punktualność
tegoż pociągu. Biorąc zaś pod uwagę, że obsługujący ją IC* Matejko słynie z niepunktualności, podróż może być pełna niespodzianek. A zatem w drogę!
* * *
AKAPITSłonko
mile przyświeca, wieje lekki wiaterek, temperatura jest umiarkowana, a
plecak nie ciąży nadmiernie. Spacer na przystanek Kraków
Młynówka w takich warunkach to właściwie przyjemność. W jednej z
kieszeni plecaka głęboko schowany tkwi Bilet Weekendowy*
PKP IC. Jest dopiero piątkowy poranek, a zatem póki co nie
będzie mi potrzebny. Do Zamościa, punktu startowego tej wyprawy,
dostanę się z pomocą Przewozów Regionalnych*
(nazwa Polregio u mnie się jakoś nie przyjęła :-p). Dlaczego tak?
Alternatywą byłaby jazda tym samym IC Matejko, którym będę
odbywał właściwą część podróży. Jednak po pierwsze rusza on z
Krakowa sporo przed rozpoczęciem obowiązywania Biletu Weekendowego, a
do Zamościa dociera dopiero około 23:30, a po drugie siłą rzeczy jedzie
dokładnie tą samą trasą. PeeRy zaś zawiozą mnie trasą choć trochę
odmienną, a nawet rzec można okrężną, ale za to na miejscu będę już
późnym popołudniem. No dobra, powiedzmy wczesnym wieczorem.
AKAPITDziś
mogłem się normalnie wyspać. Na przystanku Młynówka ostatni
spóźnialscy spieszą na godzinę 9
do pracy. Konduktor w Impulsie*
Kolei Małopolskich nie wydaje się specjalnie zdziwiony, widząc
mój bilet, choć zapewne nieczęsto zdarza mu się odprawiać
pasażerów jadących akurat do Zamościa. Dziesięć minut
później zatrzymujemy się przy peronie nr 1 krakowskiego dworca.
Przy jego drugiej krawędzi czeka już brat bliźniak gotów do
odjazdu do Tarnowa. Jest niemal pusty. To zrozumiałe. O tej porze
pasażerowie spieszą raczej do Krakowa niż w kierunku odwrotnym. Wsiadam
zatem i mam całkowicie wolną rękę w wyborze miejsca do siedzenia.
Ruszamy planowo. Gdy tylko opuszczamy miejską zabudowę, za oknem
pojawiają się kwitnące łąki. Wiosna, choć zjawiła się w tym roku mocno
spóźniona, stara się teraz nadrobić wszelkie zaległości i raczy
nas pełną gamą odcieni zieleni okraszonych całą paletą innych barw.
Przy torach bieli się, nieco oksymoronicznie, czarny bez, żółci
ognicha i czerwienią pojedyncze polne maki. Przyroda zdecydowanie
obudzona do
|
życia, wystawia
się do słońca, które króluje dziś na błękitnym niebie.
Niestety niedawno wyremontowana linia do Tarnowa obarczona jest dość
poważnym mankamentem. Mankamentem, który dotyka niestety sporą i
cały czas rosnącą liczbę kilometrów remontowanych linii.
Mankamentem narzuconym przez unijną bezduszną i bezrefleksyjną
biurokrację. Dźwiękochłonnymi ekranami, które
poustawiano nawet w szczerym polu, w
miejscach, gdzie odległość do najbliższych zabudowań wynosi kilkaset
metrów. Ekranami, które nierzadko mają po 5 metrów
wysokości, jakby miały wytłumić również wyimaginowany hałas
ślizgającego się po przewodzie trakcyjnym pantografu. Ekranami,
które zwłaszcza po dokładnym wyspreyowaniu przez
pseudograficiarzy stanową bardzo wątpliwej urody element krajobrazu.
Bez tych graficznych “ozdób” jest zresztą podobnie.
Ekranami, które dla pasażera stanowią ponadto absolutnie
nieprzekraczalną barierę w podziwianiu widoków za oknem. W
czasie swoich podróży zaobserwowałem również kilka
miejsc, gdzie zasłaniając kompletnie widoczność, stanowią
poważne zagrożenie dla kierowców
dojeżdżających do
|

...dość poważnym mankamentem...
|
|

...biegnącą równolegle autostradę...
|
|
przejazdów
kolejowych. Ekrany te stawia się, kierując się nie zasadami logiki i
zdrowego rozsądku, ale ślepym zaufaniem do przepisów wydanych
przez tych samych urzędników, którzy dla partykularnych
interesów marchewkę doraźnie określili owocem, a ślimaka rybą.
Podobnie jak tutaj, będzie na linii katowickiej. W Rząsce i w rejonie
przystanku Kraków Mydlniki Wapiennik, gdzie tory biegną w ok.
10-metrowym wykopie stanowiącym doskonałą naturalną barierę
dźwiękochłonną, także przygotowywane są fundamenty pod ekrany. Kto za
to zapłaci? To pytanie pozostawię bez dość oczywistej odpowiedzi.
Chciałbym jednak wiedzieć, kto na tym zarabia i ilu włodarzy
naszego pięknego kraju, tych obecnych
i tych wcześniejszych, ma udziały w
spółkach zajmujących się wytwarzaniem komponentów do ich
budowy. Za oknem na zmianę z ekranami obserwuję lasy Puszczy
Niepołomickiej, a później biegnącą chwilami równolegle do
linii kolejowej autostradę A4. Ona także często kryje się za podobnej
urody konstrukcjami.
|
AKAPITNa
tarnowskim dworcu w dalszym ciągu trwa remont, choć właściwie wchodzi
już chyba powoli w fazę wykończeniową. Tu niestety żegnam się z
Impulsem, a witam z kiblem*. Na nieszczęście jest to wersja zmodernizowana i wyposażona w twarde siedzenia. No cóż, nie co dzień jest niedziela.
AKAPITW Woli
Rzędzińskiej, pierwszej stacji za Tarnowem, mamy dłuższy postój.
Przepuszczamy jadący w tym samym kierunku pociąg IC Wyspiański. Na
szczęście z rozkładu wynika, że postój jest planowy. Choć
zupełnie nie rozumiem, dlaczego pociąg po prostu nie wyjechał z Tarnowa
o tych kilka minut później. W Sędziszowie Małopolskim rozwiązuje
się zagadka urywającego się w powietrzu wiaduktu nad torami, nad sensem
istnienia którego zastanawiałem się w styczniu podczas
podróży do Przemyśla. Teraz ma już dobudowaną skarpę, po
której jezdnia bardzo ostrym ślimakiem zawraca pod kolejowy
przystanek, gdzie budowana jest właśnie nowa droga. Wiadukt ma zastąpić
przejazd kolejowo-drogowy i wyeliminować związane z tym
niebezpieczeństwa. Obawiam się jednak, że po deszczu lub zimą przy tak
ostrym, schodzącym w dół łuku będzie dla kierowców
jeszcze gorszą pułapką. |
|
AKAPITMijamy
przystanek o bardzo optymistycznie brzmiącej nazwie Będziemyśl, a mniej
więcej pół godziny później wjeżdżamy na stację w
Rzeszowie. Tu mam 40 minut na doprowiantowanie się kilkoma
drożdżówkami i strzelenie sobie selfika telefonem na tle dworca.
Roześlę go zaraz do siedzących w pracy znajomych biedaków.
AKAPITNa
stacji panuje spory ruch. Właściwie można śmiało powiedzieć, że tory są
zapełnione pociągami. No dobra, może trochę przesadzam.
|

stacja Rzeszów Główny
|
|
AKAPITPo prawdzie to stoi tu tylko TLK*
Staszic do Bydgoszczy, kibel, którym dopiero co przyjechałem, a
na peron trzeci wtacza się właśnie biało-zielono-niebieski Impuls,
odjeżdżający za jakiś czas do Przemyśla. Reszta oczekuje na torach
postojowych. Wkrótce podjeżdża i mój skład. To
dwuczłonowy spalinowy zespół trakcyjny SA134, który
zawiezie mnie do Lublina. Czy wspominałem, że jadę nieco okrężną trasą?
No właśnie. Co jednak począć, gdy jest to jedyna możliwość dostania się
do Zamościa koleją poza IC Matejko? Ku mojemu zdziwieniu na pociąg
czeka już kilkanaście osób, choć do jego odjazdu pozostało
jeszcze pół godziny. Dobrze, że nie wypuściłem się nigdzie dalej
w miasto. Dzięki temu mam swobodę wyboru miejsca przy oknie i po
nienasłonecznionej stronie. Przez kolejnych 30 minut skład wypełnia się
niemal całkowicie. No cóż, jest piątek. Mimo stosunkowo wczesnej
godziny “słoiki” wracają do domów.
AKAPITRuszamy
zgodnie z rozkładem. Ostrym łukiem w prawo opuszczamy rzeszowską
stację, a po chwili żegnamy się z odbijającą na zachód w
kierunku Tarnowa linią nr 91. Sami podążamy niezelektryfikowaną linią
nr 71 w kierunku północnym wzdłuż drogi krajowej nr 9. Z drogą
pod pachą będziemy podróżować dłuższy czas, ścigając się z
jadącymi nią samochodami. Mijamy łąki i pola z wysokim już zbożem, od
czasu do czasu przejeżdżamy przez niewielkie zagajniki. Chwilami linia
prowadzona jest dość krętą trasą, co przy braku słupów
trakcyjnych czyni ją niezwykle malowniczą.
AKAPITTuż przed Nową Dębą przecinamy Linię Hutniczą Szerokotorową*.
Mniej więcej rok temu spędziłem w tym miejscu trochę czasu na
fotograficzno-filmowym plenerze. Jak okiem sięgnąć, wszędzie rozciąga
się płaski krajobraz Kotliny Sandomierskiej. To tutaj ulokowały się
między innymi złoża siarki. Choć Polska od dawna nie jest już światowym
potentatem w wydobyciu tego surowca, to po wcześniejszych latach
świetności pozostały pewne pamiątki. Przejeżdżamy właśnie przez
Chmielów, gdzie znajdowała się odkrywkowa kopalnia, obecnie
zalana zbiornikiem wodnym Jezioro Tarnobrzeskie. Kilka
kilometrów na wschód położona była inna kopalnia –
Jeziórko – obecnie również nieistniejąca.
Pozostałościami po nich są osadnik z toksycznymi pokopalnianymi
odpadami i zdemontowana linia kolejowa łącząca te obiekty. Po linii tej
zostały widoczne do tej pory fragmenty częściowo rozebranych
nasypów oraz betonowe konstrukcje wiaduktów. Jedną z nich
mijamy dość blisko. W szczerym polu wygląda nieco abstrakcyjnie. |
AKAPITW
Tarnobrzegu sporo pasażerów wysiada, ale
pociąg nie pustoszeje. Dopiero w Stalowej Woli
robi się luźniej. Ponieważ skład zmienia tu kierunek, ja zmieniam
miejsce, by znów siedzieć po zacienionej stronie. Siadam obok
toalety. Prócz własnego pełnowymiarowego siedzenia mam do
dyspozycji małe, rozkładane, na którym mogę wyciągnąć nogi. Moja
radość nie trwa jednak długo. Gdy tylko ruszamy, okazuje się, że nasz
pociąg ma niezwykle innowacyjny bezwładnościowy system otwierania i
zamykania drzwi do wyżej wspomnianego przybytku. Gdy pociąg hamuje,
drzwi się odsuwają, gdy przyspiesza, zamykają. Po kilkunastu minutach
daję za wygraną, bo okresowy widok muszli klozetowej połączony z
wydobywającymi się z pomieszczenia zapachami to jednak nie jest to, co
tygrysy lubią najbardziej. Po raz kolejny się przesiadam. Toaletowa woń
co prawda znikła, ale zauważam, że klimatyzacja wyraźnie zaciąga do
wnętrza zapach spalin. To niestety dość częste zjawisko w pociągach
napędzanych silnikiem Diesla.
AKAPITWidoki z
oknem są nieco monotonne, choć całkiem sympatyczne. Po drodze sporo
jest piaszczystych lasów. Przecinamy ich spory kompleks –
Lasy Janowskie – będący częścią większego kompleksu –
Puszczy Solskiej. Po roztańczonych koronach drzew widać, że wiatr jest
dziś wyjątkowo pracowity.
|

Piaszczyste Lasy Janowskie
|
|

lubelski dworzec kolejowy
|
|
AKAPITO
wyznaczonej rozkładem jazdy godzinie pociąg wtacza się majeststycznie
na lubelską stację. 20 minut musi mi teraz wystarczyć na zrobienie
kolejnego selfika pod tablicą z nazwą miejscowości i zlokalizowanie
właściwego peronu, z którego odjedzie mój kolejny pociąg.
Czasu wystarcza również na szybkie zwiedzenie dworcowego
budynku. Odnowiony, z zewnątrz prezentuje się bardzo ładnie. Jego
architektura jest dość charakterystyczna dla dworcowych budynków
z terenów Kongresówki. To szeroka i przysadzista, ale
niezbyt wysoka bryła z nieco podwyższoną, zdobioną częścią centralną i
niższymi, skromniejszymi skrzydłami. Budynek został ukończony w roku
1877 w ramach budowy tzw. Kolei Nadwiślańskiej łączącej Mławę,
która była w tamtym czasie miastem nadgranicznym, przez
Warszawę, Lublin i Chełm z Kowlem na terenie dzisiejszej Ukrainy. W tym
samym roku liną pojechały pierwsze pociągi. Lublin był wówczas
ważnym węzłem komunikacyjnym.
|
AKAPITDziś
niestety jego znaczenie nieco spadło, a prace remontowe prowadzone
aktualnie na “warszawskiej” linii kolejowej nr 7, zwanej
niegdyś Koleją Nadwiślańską na dłuższy czas odcięły go kolejowo od
centralnej Polski, skazując pasażerów bądź to na długie i
uciążliwe objazdy przez Lubartów, Radzyń Podlaski i Siedlce,
bądź na przesiadkę do autobusów czy samochodów.
AKAPITWnętrze
dworca na pierwszy rzut oka też nie pozostawia wiele do życzenia, choć
przyznaję, na dokładniejsze jego oględziny brak mi czasu. Co jednak
zauważam niemal natychmiast, to kilometrowej długości kolejkę przed
jedynym czynnym okienkiem kasowym. Ten problem jest chyba
nierozwiązywalny, jak brak papieru toaletowego w czasach PRL-u. O ile
jednak lekiem na tę ostatnią kwestię okazała się zmiana ustroju, o tyle
na wieczny niedowład kolejowych okienek kasowych będziemy chyba
narzekać do końca świata i o dwa dni dłużej. Na gruntowny remont
czekają jeszcze stacyjne perony. W Lublinie byłem rok temu podczas
Pierwszego Maratonu, ale zaaferowany fotografowaniem “gamonia”* nie miałem czasu i okazji przyjrzeć się tutejszemu dworcowi.
AKAPITRazem ze
mną na peronie na wjazd pociągu do Zamościa oczekuje spora grupa
podróżnych. Udaje mi się zająć dobrą pozycję startową i dzięki
temu znajduję wolne miejsce przy oknie. Jednak czujność mnie opuszcza i
gubię kierunek. Okazuje się, że nasz pociąg rusza w przeciwną stronę,
niż mi się wydawało. A to oznacza, że właśnie siedzę tyłem do kierunku
jazdy ze słońcem świecącym prościutko w oczy. Shit happens,
czyli w wolnym tłumaczeniu – życie... Na zmianę miejsca szans nie
mam żadnych, bo pociąg jest zapełniony w 100% z naddatkiem. W dodatku w
Świdniku wsiada kilkunastoosobowa grupa dzieci. Wybierają się na
harcerską, a raczej zuchową wycieczkę. Na szczęście wyekwipowany w
ogromne plecaki i oznakowany pomarańczowymi chustami zastęp
“Tygrysków” okazuje się bardzo zdyscyplinowany.
Wysiadają w Jaszczowie. Na jednej z następnych stacji na bocznym torze
stoją wagony wyładowane węglowym miałem. Jest ich dużo. Nie mam raczej
wątpliwości. Ten węgiel nie przyjechał tu ze Śląska. On przyjechał zza
wschodniej granicy. To między innymi dzięki jego
“wspaniałym” właściwościom energetycznym i cennym
domieszkom związków siarki zimą mamy takie, a nie inne
powietrze. Zastanawia mnie jeszcze jedno. Dlaczego jedziemy spalinowym
zespołem, gdy nad nami wisi trakcja elektryczna. Zagadka ta rozwiązuje
się dopiero w Rejowcu, gdzie ku mojemu zadowoleniu pociąg zmienia czoło
i jedzie w odwrotnym kierunku. Gdy tylko opuszczamy stację torem w
kierunku Zamościa, trakcja elektryczna się kończy. |

przystanek Zamość Starówka
|
|
AKAPITPo
nieco ponad godzinie bez przeszkód dojeżdżamy do celu mojej
dzisiejszej podróży. Wysiadam na przystanku Zamość
Starówka. Jest stąd zdecydowanie bliżej do centrum niż z
głównego dworca.
AKAPITZamość
prawa miejskie uzyskał w 1580 r., na mocy przywileju lokacyjnego
wystawionego przez kanclerza i hetmana wielkiego koronnego Jana
Zamoyskiego. W 1589 r. miasto zostało stolicą założonej przez jego
właściciela Ordynacji Zamojskiej.
AKAPITWiek
XVII był okresem największego i najszybszego rozwoju miasta. Osiedlała
się tu nie tylko ludność polska, ale również wielu innych
narodowości. Miasto musiało się jednak zmagać z licznymi najazdami,
m.in. Kozaków pod dowództwem Bohdana Chmielnickiego w
1648 r. oraz podczas potopu w 1656 r. przez wojska szwedzkie,
którym podobnie jak Kozakom nie udało się zdobyć miasta. Dopiero
podczas wielkiej wojny północnej Zamość został zajęty przez
wojska szwedzkie i saskie.
|
AKAPITW
połowie XVIII w. przeprowadzono reformę założonej już w 1594 r.
Akademii Zamojskiej (wykładał na niej m.in. Stanisław Staszic), ale po
zajęciu miasta przez Austriaków w wyniku I rozbioru (1772 r.)
została zamknięta (1784 r.).
AKAPITW
1809 r. Zamość przyłączono do Księstwa Warszawskiego, a po kongresie
wiedeńskim do Królestwa Polskiego, uzależnionego od Rosji. W
1821 r. rząd ówczesnego królestwa odkupił miasto i
zmodernizował zamojską twierdzę. Dokonano wówczas przebudowy
wielu budynków, przez co utraciły one w dużym
stopniu swój pierwotny wygląd i styl. Zmodernizowana Twierdza
Zamość odegrała dużą rolę w trakcie powstania
listopadowego i skapitulowała jako ostatni polski punkt oporu. Po
stwierdzeniu nieprzydatności twierdz z dziełami obronnymi, w 1866 r.
skasowano twierdzę zamojską, co dało początek przestrzennemu rozwojowi
miasta.
W okresie I wojny
światowej do Zamościa doprowadzono linię kolejową (1916 r.). Po
odzyskaniu niepodległości Polski, w 1918 r. doszło tu do komunistycznej
rewolty stłumionej przez oddziały wojskowe pod dowództwem majora
Lisa-Kuli, a dwa lata później miasto okrążyła sowiecka armia,
której ataki również zostały zatrzymane.
AKAPITDwudziestolecie
międzywojenne to okres rozwoju miasta,
poszerzano jego granice, powstawało
wiele nowych instytucji i ośrodków,
szczególnie związanych z życiem kulturalnym i oświatowym. W
Zamościu stacjonował 9 Pułk Piechoty Legionów, z którego
utworzeniem związana była wizyta w 1922 r. marszałka Józefa
Piłsudskiego. Dowódcą 9 Pułku Piechoty Legionów od 1937
r. był gen. Stanisław Sosabowski znany z czasów II wojny
światowej z bitwy o Arnhem z udziałem 1 Samodzielnej Brygady
Spadochronowej.
AKAPITWe
wrześniu 1939 r. do Zamościa wtargnęli Niemcy, na krótko także
wojska radzieckie. Podczas II wojny światowej na Rotundzie utworzono
obóz zagłady, gdzie zginęło ponad 8 tysięcy ludzi, oraz obozy
jeńców radzieckich i obóz tymczasowy dla wysiedlonych
mieszkańców Zamojszczyzny (w tym dla licznych dzieci
Zamojszczyzny). W czasie okupacji niemieckiej na Zamojszczyźnie miała
miejsce masowa akcja wysiedleńcza prowadzona przez Niemców,
dążących do stworzenia tu niemieckiego osadnictwa jako
przyczółka do germanizacji Wschodu, dlatego okolice Zamościa
były terenem wielu walk partyzantów AK, GL/AL BCh (powstanie
zamojskie). Zamość został zdobyty przez wojska radzieckie i przez
współdziałających z nimi żołnierzy Armii Krajowej w lipcu 1944 r.
AKAPITPo
wojnie nastąpił dynamiczny rozwój miasta, w latach
1975–1998 Zamość był stolicą województwa zamojskiego, a od
1999 r. ponownie stał się miastem powiatowym w województwie
lubelskim.
[źródło: Wikipedia]
|
AKAPITPrzechodząc
przez pozostałości umocnień twierdzy, wchodzę na Stare Miasto. Jak to
zwykle w tego typu miastach bywa, rynek jest zastawiony kawiarnianymi
ogródkami, w których zresztą dostrzegam całe
mnóstwo ludzi. Te kamieniczki, których nie zasłaniają
ogródki, kryje scena rozstawiona w jednym z narożników
opodal ratusza. Wspinam się na jego schody, by mieć nieco lepszy widok.
Przyznać muszę, że zamojski rynek robi bardzo dobre wrażenie. Wszystkie
co do jednej kamieniczki są odremontowane i ładnie odmalowane w
stonowane i współgrające ze sobą barwy. Nowe okna kamienic mają
ten sam kolor i styl. Powoduje to poczucie architektonicznej
konsekwencji i harmonii. Ten sam wysoki poziom trzyma większość Starego
Miasta. Pamiętam, gdy 10 lat temu byliśmy tu z Basią, trwały prace
remontowe i spora część uliczek była w stanie wykopkowym (bo raczej nie
wykopaliskowym). |

zamojski ratusz...
|
|

...i widok z jego wysokich schodów
|
|
AKAPITOpuszczam
teraz Stare Miasto i udaję się do miejskiego parku. Został on utworzony
w okresie międzywojennym na dawnych terenach zamojskiej twierdzy.
Kompozycja uwzględnia obiekty poforteczne stanowiące do dziś jego
integralne części. Przez kilkanaście minut kluczę po alejkach, wspinam
się na wysokie wały i spaceruję nad stawem niegdyś stanowiącym część
fosy. Jednym okiem rozglądam się zaś za potencjalnym miejscem na
nocleg, bo słonko powoli zniża się nad horyzontem, a ja nie ukrywam, że
tę noc mam zamiar spędzić w plenerze. Rozważałem co prawda nocleg
w hostelu, jest taki tuż obok dworca kolejowego, ale na tych
rozważaniach zeszło mi tyle czasu, |

jedna z dwóch kładek nad torami kolejowymi |
|
|
że brakło
w nim miejsc. Ponieważ jednak na przyszłość chcę przetestować
różne sposoby noclegu pod chmurką, nie było mi to bardzo nie
na rękę. Dokonałem zatem rezerwacji w
wielogwiazdkowym, czy może raczej wielogwiazdowym hotelu. Park pod tym
kątem oceniam dość krytycznie. Za dużo latarń i za blisko centrum. Kto
wie, czy i jakiego monitoringu tu nie mają? Zatem odpada. Wcześniej z
pomocą satelitarnych zdjęć od wujka gugla wytypowałem miejsce nad
tutejszym zalewem. Położony na peryferiach
|
miasta
powinien zaoferować nieco więcej prywatności i dostęp do wody w
pakiecie. Oczywiście wody do mycia, bo pić jej do głowy by mi nie
przyszło. Idę zatem nad zalew. Im bliżej zalewu jestem, tym bardziej
nie sam ku niemu zmierzam. Razem ze mną ciągną grupki młodzieży w
szeroko pojętym wieku edukacyjnym, choć podstawówkę (sprzed
“dobrej zmiany”) po głębszej wizualnej analizie profilu
wiekowego można chyba wykreślić. “Młode koty lubią włóczyć
się...” zaśpiewałby pewnie Zbigniew Hołdys. Plaża nad zalewem
jest okupowana przez kilkuosobowe skupiska i co tu kryć, nie zachowują
się one specjalnie cicho. No to kicha. Pobliski lasek skreślam od
razu z racji widocznej z daleka krzaczastości, wysoce
prawdopodobnej podmokłości i przewidywanych przez to rzesz
komarów oczekujących w pełnej gotowości bojowej z
naostrzonymi kłujkami. Nabieram zatem tylko wody do butli. Było nie
było, trza się umyć, choć z racji umiarkowanej temperatury to mycie
zapewne będzie mocno zgrubne. Na szczęście wypatrzyłem jeszcze jedną
miejscówkę położoną tuż obok. To zespół boisk sportowych.
Jak by nie spojrzeć, powinny się tam znaleźć jakieś ławki czy trybuny,
a w ostateczności kilka hektarów zapewne nieźle utrzymanej
trawy. Zmierzcha się, więc muszę nieźle wytężać wzrok, by przekonać
się, czy aby jestem tu sam. Słyszę jakieś głosy, ale jest ich niewiele
i mam nadzieję, że z racji zapadających egipskich ciemności ich
właściciele zaraz się stąd wyniosą. Po kilkunastu minutach zapada
głucha cisza, a niewyraźne ludzkie sylwetki nikną w mroku. Rozglądam
się, choć z racji tychże ciemności jest to mocno utrudnione. Na
szczęście nieco światła użycza mi księżyc, który przechylając
lekko głowę, przygląda się moim poczynaniom z niejakim zdziwieniem.
Wtórują mu gwiazdy, które akurat teraz zebrały mi się
wszystkie nad głową i mrugają do siebie porozumiewawczo. Takich
wariatów nie widują tu chyba zbyt często. Niemal słyszę ich
stłumiony cichy chichot. A może to tylko tutejsze leśne drobinki
wyszły z zarośli i przyglądają się zaintrygowane dziwacznemu
podróżnikowi? Noc jest ich, a czerwcowe noce są krótkie.
Muszą się zatem spieszyć, bo tyle spraw mają jeszcze do załatwienia.
Macham w bliżej nieokreślonym kierunku, uprzejmie je pozdrawiając.
Wszak jestem tu tylko gościem.
AKAPITOdnajduję
maleńką wiatę, pod którą ukryta jest ławka. To najbardziej
słuszne miejsce, jakie mogłem wybrać. Jest to bowiem ławka – no
właśnie – gości. Co prawda jej komfortowi daleko do
warunków choćby przeciętnych, ale darowanemu koniowi... Zużywam
większość wody na bardzo pobieżne obmycie wystających elementów
organizmu, po czym zaczynam mościć się na legowisku uczynionym z
karimaty. |
No
cóż, nie jest to hotel Ritz. Więcej powiem, nie jest to nawet VI
kategorii zajazd “Madejowe Łoże” pod wsią Głucha Dolna.
Wąsko, twardo... jednym słowem niewygodnie. Przykrywam się czymś, co w
zamyśle producenta z dalekowschodniego kraju miało być chyba kocykiem.
Trochę toto krótkawe, na azjatycki rozmiar szyte, ale za to
puchate (jeszcze) i przede wszystkim lekkie. A! No i tanie jak barszcz.
Tyle że na mojej ławce przykryć się tym łatwo nie jest, bo albo się
zsuwa, albo gdzieś go brakuje. Dlaczego nie zabrałem śpiwora? A czy
wspomniałem coś o testach? Chciałem, to mam. Noc jest co prawda
granatowo-gwiaździsta, ale ma to swoje minusy, ponieważ robi się coraz
chłodniej. Wspomagam się peleryną od deszczu. Ta też nie trzyma zbyt
dokładnie moich wymiarów, więc zaczynam mozolną walkę z wiecznie
i niezależnie od siebie przesuwającymi się okryciami. Doooobra, może
spróbujemy je dać po przekątnej? Hmmmmm... też nie bardzo. W
dodatku co jakiś czas muszę zmienić pozycję, bo wąskie deski mojej
ławki gniotą mnie uparcie tu i ówdzie (a ówdzie
zwłaszcza). Przy każdej takiej zmianie operację opatulania trzeba
przeprowadzać od nowa, walcząc z nowymi nieszczelnościami. Ta zabawa
trwa do późnych godzin nocnych, bo sen jakoś nie chce nadejść. W
przeciwieństwie do chłodu, który coraz bezczelniej przeciska się
pomiędzy deskami ławki i nie tylko tamtędy. Dobra, jedno już wiem, ten
zestaw do spania się nie nadaje. Co najwyżej do przetrwania i to w
cieple. Trzeba będzie go zmodyfikować.
|
|
* - odnośniki z
wyrażeń okraszonych gwiazdką prowadzą do wyjaśniającego ich znaczenie kolejowego leksykonu |
|