|
Dzień 2,
4 czerwca
2016 r. |
|
|
AKAPITOkoło
godziny drugiej dojeżdżamy do Poznania. Pociąg ma tu 45 minut przerwy w
podróży. Jest to spowodowane doczepianiem kolejnych
wagonów z innego pociągu. I tu do mojego przedziału dosiada
się przedziwna para. Nie mam możliwości im się przyjrzeć, bo jest
ciemno, ale wystarcza mi to, co słyszę. Kobieta niby pyta czy są wolne
miejsca, ale i tak dość bezpardonowo wkracza do przedziału. Prawo ma,
bo miejsca de facto
są. W tej chwili nawet trzy. Znów udaje mi
się zachować swoje jedno dodatkowe na nogi. Kobieta zaczyna
mówić. Jakby do nas będących już w przedziale, ale
niekoniecznie. Po prostu mówi, bo wewnętrzny imperatyw jest
za silny by przestać. W każdym razie z jej słów wynika, że
towarzysz jest jej mężem. Ale z ich dalszej wzajemnej rozmowy
wnioskuje, że taki z niego mąż, jak ze mnie anglikański pastor. Czy
znacie Hankę Bielicką i jej sposób mówienia?
Jeżeli nie znacie, to sięgnijcie do źródeł,
których pełno w sieci. To jest ten właśnie typ.
Mówi głośno (jest trzecia w nocy!) i bez przerwy.
Mówi o wszystkim i o niczym. Przeważnie o niczym. Przypisuje
sobie niby mimochodem jakiś wysoki naukowy tytuł, podczas gdy z jej
słów i sposobu wysławiania się wyraźnie wynika, iż może mieć
profesurę co najwyżej z uprawy marchewki, a doktorat z kopania
ziemniaków, względnie z „konserwacji powierzchni
płaskich”, jak eufemistycznie określa się sprzątanie.
Zastanawiam się nawet przez chwilę nad zwróceniem jej uwagi
na niestosowność takiego głośnego zachowania o tak późnej (a
może wczesnej?) porze, ale szybko dochodzę do wniosku, że to kompletnie
bezcelowe. Po prostu Ten Typ Tak Ma. Jeżeli zestrofowana nawet na
chwilę zamilknie, to ta chwila nie będzie trwała dłużej niż 30 sekund,
po czym wszystko wróci do normy. Jej normy. Ze słowotoku
wyłapuję, że jadą do Krzyża. Nooo... To będą długie dwie godziny.
AKAPITW
Krzyżu nasz przedział robi się cichy i przestronny. Tylko ogrzewanie
przez cały czas daje nomen
omen popalić. Niebo zaczyna z wolna szarzeć i robi się
coraz jaśniej. Dobra, w takim razie spróbuje już nie spać.
Nad polami i łąkami pojawiają się pasemka porannych mgieł. Czasem widzę
grupki saren buszujące w młodym zbożu. Szykuje się piękny, słoneczny
dzień.
|

...pasemka
porannych mgieł... |
|
AKAPITKwadrans
przed
szóstą zatrzymujemy się w Szczecinie Dąbiu. Wysiadam.
Mógłbym jechać do
samego Świnoujścia, ale przesiadając się tu na pociąg Regio zyskuję
pół
godziny, bowiem mój TLK jedzie jeszcze do Szczecina
Głównego, skąd
dopiero wracając przez Dąbie, jedzie nad morze. Po kilku
minutach Regio
się zjawia. Wsiadam do ładnego biało-niebieskiego czterowagonowego Impulsa*.
Lubię te pociągi. Miałem
okazję nimi kilka
razy
|

...Lubię
te pociągi...
|
|
podróżować
już
w czasie zeszłorocznych wakacji.
Jako jedyne z
Impulsów, które dotąd znam od środka, mają w
oknach przeciwsłoneczne rolety. Bardzo
przydatna rzecz. Kupuję bilet u konduktorki. Mój weekendowy
tego
pociągu nie obejmuje, ale na 8,92 zł mnie stać. A co?! Jest prawie
pusto więc nie mam problemu ze znalezieniem miejsca. Jak zwykle siadam
przy szklanym ekranie. W miarę upływu drogi pojawia się coraz więcej
mgielnych pasm. Mało tego, mgła staje się jakby gęstsza i jej warstwa
wyraźnie się pogrubia. Niespecjalnie mnie to cieszy, bo liczyłem na
słońce w Świnoujściu.
AKAPITTymczasem
w okolicy Międzyzdrojów jest już po prostu pochmurno. Kręcę
z
dezaprobatą głową. Opalać się co prawda zamiaru nie miałem, jednak te
kilka promyczków...
AKAPITGdy
dojeżdżamy do Świnoujścia, nie mam już
żadnych złudzeń. Słonko zastrajkowało. Do tego temperatura i spora
wilgotność powietrza sprawiają, że szybko zapominam o przedziałowym
upale. Truchcikiem biegnę na prom przewożący mieszkańców
Świnoujścia z
wyspy Wolin, na której znajduje się stacja kolejowa i port. Kontrolnie spoglądam na zegarek.
AKAPIT–
No bracie, za dużo czasu to ty nie będziesz tu miał. Trzeba mocno nogi
wyciągać, a jeszcze zakupy są do zrobienia.
AKAPITTak
po prawdzie to kupić muszę jedynie wodę do picia, bo coś tam
do jedzenia jeszcze mi zostało. Poza tym dziś w planach jest
prawdziwy
obiad. Co z tego, że dopiero za kilka godzin i w zupełnie innym miejscu
Polski. Ale będzie. |
AKAPITProm
kursujący pomiędzy leżącą na wyspie Wolin dzielnicą Warszów,
gdzie znajduje się m.in. stacja kolejowa, a wyspą Uznam, gdzie
rozłożyło
się centrum miasta, właśnie odpływa. Udaje mi się wsiąść w ostatniej
chwili. Sama przeprawa przez Świnę trwa 5-6 minut, ale trzeba doliczyć
czas na załadunek zazwyczaj kilkunastu samochdów.
Przepływamy
obok stojących w porcie dużych promów morskich, a po chwili
także w pobliżu portu wojennego, gdzie
„zaparkowane” są
nieco inne promy, służące do przewozu wojska i pojazdów
wojskowych.
|

pływający do szwedzkiego Ystad prom Baltivia
|
|

prom Żeglugi Świnoujskiej Bielik III transportujący
pasażerów i samochody osobowe pomiędzy dwiema dzielnicami
Świnoujścia
|
|
AKAPITWysiadam.
Wystarcza jeden rzut oka na rozkład rejsów
powrotnych
i już wiem, że aby mieć pewność, iż nie
ucieknie mi
kolejny pociąg, muszę zdążyć na ten odpływający za pół
godziny.
No to nie poszaleję. Na plażę i z powrotem nie dojdę, nie ma szans.
Nawet po parku nie pospaceruję. Wracam, gdy dochodzę do wniosku, że
właściwie najrozsądniej było zostać w porcie. Po drodze w sklepie
kupuję wodę. Mimo panującej tu umiarkowanej temperatury, w głębi kraju
spodziewam się zupełnie innej pogody. Zapas wody to podstawa.
AKAPITWsiadam
na prom. Z lekka już nerwowo spoglądam na zegarek. Załadunek
samochodów trwa i trwa. Mija chyba z 15 minut zanim prom w
końcu
odbija od brzegu. Jest 8:02. O 8:15 odjeżdża pociąg powrotny. W
zasadzie powinienem bez problemu zdążyć, ale z myślą o spokojnym
sfotografowaniu stacji i jej przyległości muszę się już raczej
pożegnać. Robię zaledwie jedno zdjęcie stojącej tu lokomotywy, nawiasem
mówiąc tej samej, która przyciągnęła mnie z
Krakowa, gdy
mój pociąg wjeżdża na peron. Jest to ten sam Impuls,
którym przyjechałem do Świnoujścia. Czeka na niego
sporo
osób, ale na szczęście nie mam problemu ze znalezieniem
wolnej czwórki*.
Gdy tylko wyjeżdżamy poza
wyspę Wolin,
pogoda znacznie się poprawia. Taki mały kawał z samego rana. |

Ta sama "siódemka" ma portret na poprzedniej stronie, w
Trzebinii
|
|

...mój
pociąg wjeżdża na peron...
|
|
AKAPITWysiadam
w Szczecinie Dąbiu. Znam już tę stację dość dobrze. W czasie ostatnich
wakacji wizytowałem ją dwukrotnie. Za każdym razem robiąc sporo zdjęć.
I ten raz nie jest całkiem bezowocny. Udaje mi się ustrzelić dwie
lokomotywy Skody jeżdżące dla CTL Logistics. Jedna jedzie luzem w
poszukiwaniu pracy, druga w mozole ciągnie wagony. Kolejnym składem
przetaczającym się przez stację jest mój TLK Barnim ze
Szczecina
Głównego do Katowic. Ja pojadę nim
jedynie
|
do
Poznania. Wcześniej oceniam ilość ludzi oczekujących na dworcu. Jeżeli
w Szczecinie Głównym nie było kompletu, to nie powinno być
problemu z miejscami. Swoją metodą zaczynam od ostatniego wagonu. I
rzeczywiście od razu znajduje prywatny przedział. Po chwili wtacza się
do niego mężczyzna o kulach targający wielką torbę. Ponieważ
ma
spore problemy z poruszaniem się, zastanawiam się jak udało mu się
wsiąść do wagonu. Sadowi się naprzeciw mnie. Gdy pociąg rusza,
zaczynamy rozmawiać. Przypłynął promem ze Szwecji, jest Ślązakiem (co
zresztą zauważam po pierwszym wypowiedzianym przez niego zdaniu), ma
tam pracę na budowie, ale uległ wypadkowi i wraca na kurację do domu do
Zabrza. Chociaż to dość prosty człowiek, jest zafascynowany Szwecją i
Szwedami, a zwłaszcza ich mentalnością. Porównuje je do
Polski i
Polaków i, co tu dużo mówić, to
porównanie nie
wypada bardzo korzystnie dla naszego kraju i rodaków. Chciał
pokazać Szwecję swojemu synowi, ale wypadek pokrzyżował mu plany. |
AKAPITNa
pogawędkach dwie godziny z „ogonkiem” mijają nam
szybko i
ani się oglądam, jak dojeżdżamy do Poznania. A tutaj ma czekać na mnie
Maja. Wysiadam, rozglądam się po peronie i... nic. Majki nie
ma.
Wykonuję szybki telefon i ustalamy wzajemne położenie. Po przywitaniu
idziemy do jej akademika. Na szczęście Jowita, bo tak zwie się ten
przybytek jest położona dwa kroki od dworca. Z nieukrywaną
przyjemnością biorę prysznic. Co prawda przyjemność tę burzy mi widok
pięknej plantacji okazałego grzyba pod łazienkowym sufitem, jednak o to
akurat trudno mieć pretensję do kogo innego, niż do administracji
budynku. Nawiasem mówiąc, w miare wolnych miejsc Jowita
udziela
także komercyjnych noclegów, a więc zanim ją wybierzecie
jako
swoją przystań, warto sie dobrze zastanowić.
AKAPITTeraz
obieramy kierunek na bar mleczny. Bo obiad się należy, jak coroczna
podwyżka emerytury. Zjadam kalafiorową i pierogi z mięsem. Maja wciąga
dwie porcje chłodniku. Została nam mniej więcej godzina do odjazdu
kolejnego pociągu. Spędzamy ją na szybkim spacerze po poznańskiej
dzielnicy Jeżyce najeżonej starymi, ale eleganckimi kamienicami. Do
tego panuje tu cisza i spokój, a małe uliczki nie są zbyt
ruchliwe. W sumie niezłe miejsce do zamieszkania.
|
|
AKAPITO
14:35 na peron poznańskiego dworca wtacza się pociąg TLK Ukiel z
Zielonej Góry do Olsztyna Głównego. Miejsce
znajduję bez trudu.
Oczywiście przy oknie w pustym przedziale, do którego po
chwili
dosiada się tylko jeden pasażer. Jest nieźle. Jednak moje zadowolenie
pryska po wizycie konduktorki sprawdzającej bilety.
AKAPIT–
Ale będzie się pan musiał przesiąść, bo to jest pierwsza klasa, a pan
ma bilet na drugą.
AKAPITWyrażam
swoje zwątpienie, bo jestem pewny, że wsiadałem do wagonu klasy
drugiej. Okazuje się, że ten akurat wagon ma połowę miejsc klasy
pierwszej, a połowę drugiej i idąc wzdłuż niego w czasie poszukiwań,
zmiany tej nie zauważyłem. Bez szemrania zbieram manatki i
kombinuję w którą stronę iść. Do końca składu czy do
lokomotywy?
Ponieważ jestem w przedostatnim wagonie, wybieram dłuższą drogę. I
słusznie jak się okazuje. W pierwszym wagonie bez problemu odnajduję
pusty przedział, w którym rozpieram się jak perski szach. |

Gdzieś na szklaku
|
|
AKAPITPo
pewnym czasie dojeżdżamy do Kutna. Znam to miejsce! Byłem tu zeszłego
lata. Chwilę później wspomnień ciąg dalszy – Toruń
Główny. To tutaj nocowałem w hostelu znajdującym się na
dworcowym peronie. Na stacji w Toruniu trzech młodych
miłośników
kolei filmuje składy. Robię im z daleka zdjęcie. Kto wie, może kiedyś
spotkamy się na YouTubie? Pomiędzy dwiema toruńskimi stacjami
–
Toruniem Głównym i Toruniem
Miasto przejeżdżamy
|

Młodzi rosną na robocie ;-)
|
|
przez
długi kratownicowy most rozpinający swoje przęsła nad
leniwie płynącą w dole Wisłą. Most ten oglądałem mniej więcej z jej
poziomu
w zeszłym roku. Teraz, z bliska robi wrażenie bardzo zaniedbanego.
Niemal słychać zjadającą go rdzę, która brązowymi liszjami
gęsto
wychodzi z pod starej, łuszczącej się farby. |

Most kolejowy w Toruniu...
|
|

...i panorama na ciągnący się w oddali nowy most drogowy
|
|
AKAPITKilkadziesiat
minut i kilometrów dalej budzą się następne wspomnienia, tym
razem dość
specyficzne. Jabłonowo Pomorskie. To w tym miasteczku rok temu na
skutek
własnego gapiostwa utknąłem na noc, spóźniwszy się na
ostatni pociąg. Baraczek,
w którym usiłowałem przetrwać, ciągle stoi i straszy
powybijanymi
szybami.
AKAPITPo
drodze do Olsztyna podziwiam piękne kujawskie i
warmińskie krajobrazy.
|
|

"Najlepszy hotel w mieście"
|
|
Niebo,
na którym w ciągu dnia piętrzyły sie miejscami kłebiaste
chmury,
doprowadzając nawet do lokalnych burz, teraz powoli sie oczyszcza.
Słońce z wolna zniża się i wydłuża cienie drzewom, krzakom, a nawet
łanom zbóż zieleniejącym na pofałdowanych polach. Pięknie
jest!
Szkoda, że pociąg jedzie tak szybko, bo te widoki warte byłyby dłuższej
kontemplacji. |
|
AKAPIT–
Olsztyn Główny, stacja końcowa, prosze wysiadać! –
powinienem usłyszeć dobiegający z peronu głos konduktora. To jednak nie te czasy.
Obecnie o miejscu postoju najczęściej informuje system informacji
pasażerskiej, jak pompatycznie nazywa się zazwyczaj charczące głosniki
w przedziałach wagonów. W nowszych skladach dochodzą do tego
komunikaty na wyświetlaczu lub ekranie monitora. Technika wszędzie
zastępuje żywego człowieka.
AKAPITW
Olsztynie czeka mnie kolejna przesiadka. Do odjazdu następnego pociągu
mam 50 minut. Wykorzystuję go po swojemu. To i tak za mało czasu, by
wyjść gdzieś do miasta, biegam więc po peronach z aparatem. Zamiast
przejść podziemnych wykorzystuję w tym celu przejścia przez tory w
poziomie szyn, które są oznakowane
znaczkiem
inwalidy. Dla mnie
|
przekaz
jest jasny, prosty i logiczny. Są przeznaczone dla
osób
mających problemy z poruszaniem się po schodach. Jednogłośnie uznaję,
że trzy śruby w stawie biodrowym oraz parę innych problemów
zdrowotnych (że nie wspopmnę tu o orzeczeniach kilku komisji
lekarskich) uprawnia mnie do korzystania z tych przejść w
sposób
oczywisty. No i przechodzę po nich w tę i z powrotem, bo, a to ciekawa
lokomotywa, a to słońce świeci nie z tej strony. Nie uchodzi to uwadze
trzech
panów ze Straży Ochrony Kolei, którzy po pewnym
czasie
osaczają mnie z dwóch stron, chcąc
zapewne uniemożliwić
potencjalną ucieczkę. Tyle, że ja uciekać nie mam najmniejszego
zamiaru, bo nie uważam, bym zrobił cokolwiek nagannego. Okazuje się, że
moja interpretacja oznaczeń przejścia rozmija się nieco z interpretacją
SOK-istów. Owszem, mogę się po nim poruszać, ale jedynie w
asyście uprawnionych pracowników kolei odpowiednio
przeszkolonych i ubranych w odblaskowe kamizelki. Skąd jednak takiego
pracownika wytrzasnąć, jeżeli czeka się tylko kilkadziesiąt minut na
przesiadkę? Ano trzeba na 48 godzin wcześniej taką darmową usługę
zamówić, najlepiej telefonicznie. A jeśli 48 godzin
wcześniej
nie wie się, że w danym dniu będzie się w danym miejscu? Nooo...
właśnie. Absurdalność niektórych polskich
przepisów godna
jest księgi rekordów Guinessa... Nie rzucam się jednak, bo z
własnej ex-pracy znam jedną z podstawowych zasad zachowania wobec
wszelkiej maści funkcyjnych, mówiącą, że z dużą dupą wszędzie
się
człowiek wciśnie, ale z dużą gębą nigdzie. Gram niedoinformowanego
biednego inwalidę, który z braku lepszego zajęcia zajmuje
się
fotografią kolejową (i to akurat prawda). SOK-ista wyglądający na
najważniejszego w trójcy pyta mnie o dane i coś tam skrobie
w
swoim notatniku. Ja w tym czasie opowiadam o milionie swoich
problemów, które uniemożliwiają mi normalne
funkcjonowanie w otaczającej rzeczywistości i zmuszają do tego typu
zachowań. Trochę łżę, ale tylko trochę. Bo tak naprawdę tylko
zawziętości wobec moich licznych choróbsk i silnej niechęci
do
pamiętania o nich zawdzięczam, że jako tako sprawnie poruszam się po
matce ziemi.
AKAPITSOK-ista
spisawszy wszelkie dane, a uprzednio wyjaśniwszy na czym polegała
niestosowność mojego zachowania, spogląda na mnie przeciągle i pyta.
AKAPIT–
Panie Łukaszu, jest pan żonaty?
AKAPIT–
Nooo... jestem – nie bardzo wiem do czego zmierza, choć coś
mi się kołacze po głowie ze starych czasów.
AKAPIT–
No to niech pan idzie, bo życie pana już dość pokarało.
AKAPITBiedaczek...
Pewnie mówi z autopsji, bo ja akurat do swojej żony
zastrzeżeń
mieć nie mogę. Wręcz przeciwnie. Musi mnie bardzo kochać, skoro pozwala
na takie eskapady. Udaję jednak, że kupuję ten suchar mający uchodzić za
świetny dowcip.
AKAPITPrzyznaję,
zazwyczaj unikam chodzenia po torach na oczach pracowników
różnych kolejowych i nie tylko kolejowych służb, nawet w
miejscach nazwijmy to dyskusyjnych, jak te właśnie przejścia dla
inwalidów. Rozumiem ich i staram się nie drażnić, bo w razie
wypadku co najmniej część odpowiedzialności spada na nich. Dziś zgubiło
mnie chyba zmęczenie po nieprzespanej nocy, bo widziałem ich doskonale.
Po prostu coś mi tam w procesorze nie zatrybiło. Na szczęście wyszedłem
z tej opresji obronną ręką. Robię jeszcze kilka fotek, ale już z
użyciem przejścia podziemnego. SOK-iści są jeszcze w zasięgu wzroku.
Mojego i ich. |

Zmodernizowana lokomotywa SU42 używana do ciągnięcia składów
na liniach typu "unplugged" - bez trakcji elektrycznej
|
|

Wypożyczona od Czechów lokomotywa zwana nurkiem*
lub okularnikiem. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.
|
|

Elektryczny zespół trakcyjny Stadler FLIRT3, jeden z
najnowszych nabytków PKP IC
|
|
AKAPITKilka
minut później na peron wjeżdża mój kolejny
pociąg. To IC
Mazury do Warszawy Gdańskiej. Cieszę się, bo po raz pierwszy będę miał
okazję pojechać nowym nabytkiem PKP IC –
elektrycznym
zespołem trakcyjnym Stadler FLIRT3*,
wyprodukowanym, a raczej
zmontowanym w Polsce, w siedleckich zakładach Stadlera. Rozglądam się
po peronie i widzę, czy może raczej nie widzę pasażerów.
Jest
zaledwie kilka osób oczekujących na ten pociąg. Rentowność
takiego połączenia nie jest więc chyba zbyt wielka, ale w końcu to nie
mój problem. Ja jestem zadowolony, bo wygląda na to, że będę
miał do dyspozycji cały bezprzedziałowy wagon. Miejsce wybieram długo,
bo a to ma do dyspozycji za małą część okna, a to do toalety za
daleko... Ale w końcu mam prawo, a przede wszystkim możliwość sobie
trochę powybrzydzać. W efekcie długich porównań i
eksperymentów zajmuję jedno z czterech miejsc przy dużym
stoliku. Jest wygodnie. O wiele
|

FLIRT3 od środka
|
|
|
bardziej
wygodnie niż w ciasnym Pendolino. Dla porównania siadam i w
fotelach umieszczonych jeden za drugim. Nie ma porównania!
Jest
o wiele wygodniej. Nie ma koszmarnej śmietniczki umieszczonej na
wysokości kolan, o którą stale obijam sobie nogi we
włoskim
wynalazku. Nie mam miarki, ale wydaje mi się, ze fotele są też nieco
luźniej rozstawione. Strona estetyczna także nie pozostawia zastrzeżeń.
Ładne niebieskie obicia foteli podobają mi się znacznie bardziej niż te
buro-zielonkawe w „niewychylnym wahadełku”. Toaleta
jest
niestety ciasna. Tu zdecydowanie prym wiodą nowe pociągi
różnych
kolei regionalnych, w których najczęściej są
one przystosowane dla osbób niepełnosprawnych. W Pendolino i
we
Flircie jest tylko jedna taka toaleta na cały ośmiowagonowy
skład.
Oczywiście zdaję sobie doskonale sprawę, że chodzi o racjonalne
wykorzystanie przestrzeni, niemniej pozostałe toalety zazwyczaj są bardziej ciasne niż te w
starych "kiblach". W
dodatku
|
lustro
stanowiące drzwiczki szafki, za którymi
znajdują się jakieś urządzenia sterujące, ma tendencję do uchylania
się i ukazywania migających LEDami wnętrzności. Ogólnie
jednak jestem pozytywnie zaskoczony. Kurcze,
już lubię ten
pociąg! Po ruszeniu składu moje zadowolenie nie mija. Pociąg sunie
cicho, miękko i szybko. Korzystając z obecności gniazdek elektrycznych,
doładowuję komórkę i tablet. Jest energia! |
AKAPITDwie
i pół godziny mijają bardzo szybko i oto już wysiadam na Dworcu
Gdańskim w
Warszawie. Jest całkiem ciemno. Przed chwilą minęła godzina 22. Po
peronie
snują się ostatni pasażerowie. Czekają na kolejkę SKM lub ostatnie dziś
pociągi
Kolei Mazowieckich. Ale widzę też kilka osób z solidnymi
walizkami. A
jedyny pociąg dający możliwość odleglejszej podróży, to TLK
Polaris do
Kołobrzegu, na który i ja czekam. W miarę upływu czasu ludzi
z
walizkami zbiera się coraz więcej. Na szczęście w dalszym ciągu jest to
ilość
bezpieczna, biorąc pod uwagę, że pociąg na tej stacji zaczyna
swój
bieg. Wypróbowaną metodą zacznę od ostatniego wagonu.
Faktycznie, gdy
pociąg przyjeżdża, do tego akurat wagonu prócz mnie wsiada
tylko
jeden
mężczyzna. Uściślając, jest to wagon przedostatni, bowiem ostatni jest
wagonem sypialnym. Wchodzę do przedziału obok zajętego przez mężczyznę.
Jakoś tak raźniej będzie mieć kogoś za ścianą. Szybko dochodzę do
wniosku, że najlepszym (choć nie najbezpieczniejszym) rozwiązaniem
będzie pójście spać. Najpierw jednak muszę się odpowiednio
zabezpieczyć. Plecak co prawda nie pod
głową,
ale na podłodze
trzymany „za
rękę”, kasa i dokumenty schowane głęboko, drobniaki w
portmonetce
|

Łorsoł baj najt
|
|
w kieszeni na
nogawce spodni, ale przygniecionej nogą. Oczywiście sen w
takich warunkach jest raczej przerywany, ale udaje mi się zdrzemnąć.
|
* - odnośniki z
wyrażeń okraszonych gwiazdką prowadzą do wyjaśniającego ich znaczenie kolejowego leksykonu |
|